Jedziemy w ciemno czyli moje początki w Norwegii

To był 22.06.2012. Oslo, Norwegia. Początki nie były łatwe. Siedem przeprowadzek w ciągu 3 miesięcy!  Kilkadziesiąt przechodzonych kilometrów w poszukiwaniu pracy, do urzędów, punktów informacji. 102 godziny nauki języka norweskiego… Czas szybko leci. Zwłaszcza tu, w Norwegii.

Pomysł wyjazdu zrodził się szybko. Decyzje podjęliśmy w 5 minut. To był maj 2012 roku. Od dawna chcieliśmy gdzieś wyjechać. Jednak myśleliśmy o bardziej zachodnich kierunkach typu Niemcy, gdyż tam mieszka rodzina i kilku znajomych. Byłoby łatwiej- hipotetycznie. Robert przeczytał gdzieś jakąś opinie na temat Norwegii… coś w stylu ‘ jest tutaj jak w raju’. Więc chcieliśmy, chociaż przez chwile rozkoszować się tym rajem na ziemi.

Nasze początki były trudne. Norwegia staje się coraz bardziej hermetycznym krajem. Nie jest łatwo o pracę czy mieszkanie. Zwłaszcza nie znając języka norweskiego, który do łatwych nie należy. Przed nami piętrzyły się przeszkody. Już wydaje Ci się, że jest szansa, pojawia się nadzieja… i nic. Cisza. Zdarzały się sytuacje, że z dnia na dzień nie mieliśmy mieszkania. Pierwsze prace okazały się niewypałem. Mieliśmy chwile zwątpienia. Dodatkowo humorzasta pogoda. Poznaliśmy wiele osób. Polaków włącznie. Życzliwych i tych mniej przyjaznych. Byliśmy sami, w obcym kraju. Bez wiedzy o nim i informacji na temat życia tutaj. Ale trzeba przyznać, że w tym wszystkim dopisało nam szczęście. Cała nasza wiedza opierała się na przeczytaniu kilku artykułów i usłyszanym zdaniu ‘ jest tutaj jak w raju’. I z tą podstawa ruszyliśmy w podróż.

Norwegia to kraj wielkiego porządku. Chcąc tu znaleźć pracę czy mieszkanie trzeba wpaść w system. Wpaść w pewien łańcuch wydarzeń, które zainicjują kolejne. Coś jak popularna gra w węża na telefonach komórkowych. Musisz zbierać powoli, krok po kroku kawałeczki, które pomogą Ci tutaj przetrwać. Norwegia to nie przelewki. Są tutaj inne prawa. To nie Unia :p To kraj, do którego Ty się musisz dostosować. A nie on do Ciebie. A to wymaga pracy, dużej ilości pracy nad sobą.

Kasia ma lat 25, Robert 28. Jest nas dwoje .Nie mamy tutaj żadnych krewnych. Nie mieliśmy też żadnych znajomych jak przyjechaliśmy. Norwegia- to była dla nas JAZDA W CIEMNO. Co więcej, poza niewielkimi środkami finansowymi, nie byliśmy w ogóle merytorycznie przygotowani do wyjazdu. Wszystko było ‘na wariata’. Musieliśmy domknąć wiele spraw w Polsce typu zdanie egzaminów na uczelni, obrona prac magisterskich i inżynierskich, rezygnacja z prac, wypowiedzenie mieszkania… Oboje mieliśmy dosyć dobre perspektywy pracy w Polsce. Robert, wykwalifikowany inżynier budownictwa pracował jako kierownik i kosztorysant. Kasia rozwijała swoją karierę hotelarską. Miała nawet awansować w pracy. Musielibyście widzieć ten wyraz twarzy szefa kiedy zamiast przyjęcia awansu otrzymał on wypowiedzenie umowy. Przyszłość nie pisała się negatywnie. Jednak czegoś nam brakowało.

Jedna ze studentek mieszkających w Oslo chciała wynająć swój pokój na miesiąc, podczas gdy ona sama wyjeżdżała do Włoch. Napisała ‚kto pierwszy ten lepszy’. Traf chciał, że akurat zarejestrowałam się w ten sam dzień na serwis i dokładnie w tym momencie kiedy pokazało się jej ogłoszenie, ja na nie odpowiedziałam. Dziewczyna dotrzymała słowa. Byłam pierwsza. No to pierwszy, malutki krok za mną. Teraz musiałam jej powiedzieć, że nie przyjadę sama. Chciała wynająć pokój tylko jednej osobie… ale rozmowa przez Skype przekonała ją, że nie jesteśmy szkodliwą parą. Dogadaliśmy się w kwestiach ceny (3000 NOK za miesiąc wydawało nam się wtedy ogromną sumą do zapłaty) i przynajmniej to było pewne. Chociaż na początek mieliśmy dach nad głową.

Już będąc w Polsce zaczęliśmy wysyłać CV i listy motywacyjne w różne miejsca, jednak bezskutecznie. Firmy nawet nie odpowiadały na maila. A dlaczego? O tym napiszę potem. Przygotowaliśmy się finansowo – mieliśmy odłożone 10.000 zł. Myśleliśmy, że wystarczy nam na jakieś 3 miesiące pobytu w Norwegii.  Nie byliśmy świadomi tego jak bardzo się myliliśmy.

Przygotowaliśmy samochód pod względem technicznym (żeby nie było żadnych przygód na trasie), zaopatrzyliśmy się w podstawowe produkty spożywcze na początek, zorganizowaliśmy niezbędne dokumenty takie jak paszporty, karty EKUZ, ubezpieczenia turystyczne… Zapakowaliśmy po jednym garnku, talerzu, misce itp.

I ruszyliśmy na podbój norweskiego raju z nastawieniem, że jak nam się nie uda, to przynajmniej będziemy mieć fajne wakacje.

Snakker du norsk?

Jak już wcześniej wspomniałam- Oslo to miasto, którego nie znaliśmy w ogóle. Więc najpierw, przed wyruszeniem do centrum stwierdziliśmy, że dobrze jest coś poczytać w internecie na jego temat. Pierwsze na co spojrzeliśmy to fora internetowe, a tu tyle opinii i informacji ile ludzi. Po czasie stwierdzam, że większość ludzi którzy piszą na forach w ogóle nie ma pojęcia o temacie, na jaki się wypowiadają. Pierwsza wyczytana bzdura- którą początkowo wzięliśmy za prawdę to płatności za wjazd do centrum. Im bliżej centrum tym więcej się płaci. Miasto okrążają trzy obwodnice zwane Ring 1, 2 i 3. Za każde przekroczenie ‘ringu’ płaci się 30 nok. Hm… to trochę nam komplikowało sprawy. Z racji tego, że mieliśmy starannie wyliczone pieniążki na przeżycie, nie mogliśmy sobie pozwolić na taki luksus podróży samochodem. Tak więc pozostały nam spacery 15 km do centrum i z powrotem. Chodziliśmy tak przez tydzień, aż do momentu kiedy zweryfikowaliśmy informacje o bramkach i ringach.

Druga wyczytana bzdura z forów internetowych to płatność za parkingi. Wszędzie są płatne- czytamy. No to pięknie- na taki luksus też nas nie stać. Chyba jednak będziemy spacerować. Rzeczywistość okazała się inna. Owszem, parkingi są płatne, ale te które należą do firmy np QPark (tu cena wynosi od 10-80 nok za godzinę, w zależności od miejsca) Przy centrach handlowych też się płaci, ale zazwyczaj od 1 godziny do 3 godzin można parkować za darmo, tylko należy wziąć bilet darmowy z automatu. Czyli po prostu trzeba czytać znaki. ale jak tu czytać kiedy się nie zna języka? Często także płacić trzeba tylko w godzinach przykładowo 8.00-16.00 lub 9.00-17.00. Czasami w soboty też. W niedziele prawie wszystkie są darmowe.

Trzecia wyczytana bzdura- i najważniejsza to, że znając tylko język angielski można znaleźć pracę. Wiadomo- nie najlepszą, ale można się gdzieś ‘zahaczyć’. Tak może było kiedyś, jakieś 10 lat temu, ale czasy się zmieniły. Poprzeczka poszła w górę i niestety znajomość angielskiego owszem jest potrzebna. Przecież jakoś trzeba się na początku komunikować w sklepie, w urzędach, z innymi ludźmi. Ale żeby dostać pracę trzeba znać tutejszy język. Norweski.

Przechodziliśmy kilkadziesiąt kilometrów w poszukiwaniu pracy. Roznieśliśmy setki CV. Rejestrowaliśmy się we wszystkich możliwych agencjach rekrutacyjnych, odbyliśmy kilkanaście rozmów z właścicielami firm. I nic. Wszędzie kluczowym pytaniem było: ‘Snakker du norsk?’- czyli ‘ Mówisz po norwesku?’.

Pierwszym miejscem do którego się udaliśmy to był tutejszy Urząd Pracy- NAV. Tam zaproponowali nam spotkanie wprowadzająco- informacyjne na temat poszukiwania pracy w Norwegii. Udaliśmy się więc tam. Niestety muszę stwierdzić z przykrością, że nie powiedzieli nam na nim nic nowego, ani interesującego. Mogłabym nawet rzec, że trochę mieli olewający stosunek. Zniesmaczeni wróciliśmy do mieszkania i stwierdziliśmy, że chyba trzeba pierwsze zainwestować w kurs językowy…

 

 

 

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *